01 02 03 4 kółka i nie tylko: Imola 1994 04 05 15 16 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 31 32 33

Imola 1994

34
Senna na Imoli w 1994 roku
Jak na pewno wiecie w ten weekend wspominamy tragiczne wydarzenia na Imoli w 1994. Dni od 29. kwietnia do 1. maja tamtego roku nie tylko przyniosły wiele smutku światu motorsportów, ale światu w ogóle. W pełni obnażyły słabości F1 tamtych lat pokazując wady ówczesnych konstrukcji i przepisów w ciągu zaledwie kilku bardzo smutnych dni.

Świat F1 był w szoku. Od ponad dekady, przed tym pamiętnym weekendem GP, Formuła 1 nie widziała śmierci. Wydawało się, że problemy dawnych lat, kiedy życie kierowców wisiało na włosku w każdej chwili spędzonej na torze, zostały rozwiązane.

Tymczasem rzeczywistość brutalnie zniszczyła te wyobrażenia. Od poważnego wypadku Rubensa Barrichello podczas treningów i stewardów tak nieporadnie obracających jego bolid, że mogło to wywołać kolejne obrażenia u kierowcy, przez potężny i tragiczny wypadek Rolanda Ratzenbergera, kiedy niedowierzający temu co widzą fani i zawodnicy w padoku mogli obserwować reanimację Austriaka pokazywaną na żywo w telewizji.

Kończąc wreszcie na śmierci Ayrtona Senny. Człowieka wielkiego nie tylko talentem, ale i duchem. Właśnie to połączenie sprawiło, że był tak opłakiwany przez cały świat. Bezwzględny i szybki na torze, kierujący się niemal samym instynktem, polegający jedynie na swoich zmysłach, kiedy zachodziła potrzeba stawał się bardziej ludzki niż wszyscy jego koledzy. Nieraz widząc wypadek konkurenta zatrzymywał bolid i wybiegał z pomocą nie zważając na swoje bezpieczeństwo. Nieraz to on pierwszy biegł do centrum medycznego na torze zobaczyć jak się ma jego kolega z toru po wypadku. Tak też było i w ten weekend.
W niedzielne przedpołudnie pogrążony w smutku i zszokowany padok F1 nie mógł nawet przypuszczać, że to nie koniec przykrych wydarzeń. Już na starcie JJ Lehto zgasił swojego Bennettona, przez co został mocno uderzony z tyłu, przez startującego Lotusa Pedro Lamy'ego. Fragmenty auta Pedro wystrzeliły w trybuny i poraniły kilku kibiców. Wyścig, którego startu zdruzgotane załogi zespołów tak naprawdę nie chciały, ale każdy wiedział, że "show must go on" dla sponsorów i kibiców, zaczął się od kolejnego wypadku. Samochód bezpieczeństwa pojawił się na torze by uprzątnąć resztki po kraksie.
Wypadek Rubensa Barrichello
Chwilę później wyścig zrestartowano. Minęło zaledwie jedno okrążenie, kiedy Williams Senny wypadł na bardzo szybkim Tamburello, następującym po prostej startowej. Podobne wypadki bywały już wcześniej i niektórzy nawet byli przyzwyczajeni, że po nich kierowca odpina pasy, wychodzi z bolidu i otrzepuje się z kurzu. Tym razem jednak śledzący wyścig już tylko na ekranach telewizorów w boksie Lotusa Pedro Lamy, powiedział od razu do siedzącego z nim dziennikarza F1 i wieloletniego przyjaciela Andy'ego Hallbery'ego: "Chyba czas dla Ciebie byś tam poszedł i dalej wykonywał swoją pracę bo będziesz miał dużo ważniejsze wieści do przekazania światu, niż te o moim wypadku".

Mimo to nikt nie dopuszczał nawet myśli by po tak spokojnych latach, nagle w F1 miałby mieć miejsce weekend z dwoma ofiarami śmiertelnymi, w tym z trzykrotnym mistrzem świata. To byłoby nie do pomyślenia. O stanie Senny jedyna dostępna informacja, także dla dziennikarzy w centrum prasowym, brzmiała "krytyczny". Wyścig więc dokończono, choć w nastrojach mocno niesprzyjających rywalizacji sportowej, mało tego z kolejnym wypadkiem. Podczas przejazdu przez pitlane koło bolidu Michele Alboreto odpadło i uderzyło w mechaników jego zespołu raniąc czterech, w tym jednego poważnie. Wspomniany wcześniej Andy Hallbery pisał, że w tym momencie nikt już nie chciał się ścigać, chcieli jedynie by to szaleństwo wreszcie się skończyło. Nie miało tak być. Niedługo potem nadeszła informacja o śmierci Ayrtona.
 Brazylijczyk dzień wcześniej mocno przeżył śmierć Ratzenbergera. Znów sam poszedł później by obejrzeć miejsce wypadku kolegi, a na swoim kombinezonie dzień później umieścił austriackie flagi by uczcić jego pamięć. Chciał pokazać je na spodziewanym podium. To jednak nigdy nie nastąpiło.
Okładka magazynu Autosport z maja 1994
 Wiele osób dziś ocenia te wydarzenia nie tylko z perspektywy sportowej, ale i ludzkiej. Słyszałem tyle krytyki pod adresem Schumachera, który podobno nie wykazał się dostatecznym szacunkiem na podium. Ja miałem wtedy raptem kilka lat i wiedziałem tylko, że coś się stało, nic ponad to. Obawiam się, że podobnie było z częścią tych teraz krytykujących. Prawda jest taka, że sami kierowcy nie mieli niemal żadnych informacji o stanie Ayrtona i widzieli co najmniej kilka podobnych wypadków, których skutkiem była co najwyżej złamana noga. Nawet stojąc na podium nie wiedzieli jak poważny jest stan Brazylijczyka. Ja nie podejmuję się i nie zamierzam oceniać ludzi postawionych w obliczu tragedii, której nie chcieli tak naprawdę przyjąć do wiadomości. Przecież to mógł być każdy z nich, każdy jest w niebezpieczeństwie, skoro spotkało to Senne.
Te dni odbiły się niesłychanie na sportach motorowych. Nie tylko na sposobie relacjonowania w tak trudnych chwilach, ale przede wszystkim na bezpieczeństwie. Na wyszkoleniu załogi obsługującej tor, na konstrukcji bolidów, torów, kasków, wprowadzeniu HANSa, który już sam w sobie uratował niezliczone życia. Wpływ tamtych kilku dni jest niemierzalny.

 Nie będę moralizował. Chcę jedynie by wszyscy pamiętali o ofiarach tamtego i wielu innych wyścigowych weekendów bo zginęli realizując swoją życiową pasję. To także dzięki nim dziś kierowcy i fani mogą koncentrować się na esencji wyścigów, a nie na strachu o życie i zdrowie wszystkich biorących udział w rywalizacji.

Etykiety: , , , , , , , , , , , , , ,

35 36 37 38