01 02 03 4 kółka i nie tylko: Gdzie sztuczne iskry krzeszą... 04 05 15 16 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 31 32 33

Gdzie sztuczne iskry krzeszą...

34
Kolejne, pewne zwycięstwo Hamiltona.
GP Bahrajnu miało być pierwszym, w którym dominacja Mercedesa będzie już naprawdę pieśnią przeszłości. Choć treningi zdawały się mówić coś innego, to kwalifikacje i same wypowiedzi członków teamu Merca, a także Scuderii Ferrari, zdawały się potwierdzać mały przewrót w stawce. Jak bardzo dominacja Hamiltona i jego Srebrnej Strzały była rzeczywiście zagrożona, nie dowiemy się pewnie nigdy. Wiemy natomiast, że tym razem to nie Vettel był najgroźniejszym konkurentem Mercedesów na torze, jeśli w ogóle jakiś miały.

Po kwalifikacjach wydawało się, że Czerwoni są pewni swej siły, a Srebrni wreszcie niepewni swojej. Wydawało się też, że Rosberg odnalazł ciut pewności siebie i zamiast płakać na konferencjach znów zamierza się ścigać i walczyć na torze. Ba! Wydawało się nawet, że wreszcie do walki dwóch zespołów będzie mógł próbować dołączyć Williams do tej pory zawieszony między czołową dwójką i resztą. Wyścig te przypuszczenia mocno jednak zweryfikował.

Zaczęło się od problemów z odpaleniem bolidu Massy, co zaowocowało startem z alei serwisowej i przekreśleniem szans na pogoń czołówki jeszcze przed startem. Start, okraszony sporą ilością pseudo iskier o czym później, przebiegł bez większych rewelacji, za to dość pomyślnie dla Ferrari, którego obaj kierowcy po T1 znaleźli się za tylnym skrzydłem Hamiltona, którego jednak nie byli w stanie wyprzedzić. Ten z kolei zaczął się oddalać od reszty stawki w której, dość powiedzieć, niewiele się działo.Wydarzeniem były wcześniejsze zjazdy na pierwszy pitstop, niż prognozowano przed wyścigiem, odzyskanie pozycji przez Rosberga oraz całkiem niezła jazda Alonso trzymającego się na 14 pozycji. Brzmi śmiesznie, ale miesiąc temu było to jeszcze wyczynem nieosiągalnym dla McLarena.
Vettel i Rosberg - walka w snopach iskier tuż za Hamiltonem.
Dalsza część rywalizacji to głównie pogoń Massy za czołówką oraz ciekawe odwrócenie sytuacji w Ferrari. Pierwszy raz od początku sezonu Sebastian Vettel jechał wyraźnie słabiej od swojego partnera zespołowego, słabiej w dodatku od możliwości bolidu. Sam z resztą przyznał po wyścigu, że nie mógł się odnaleźć na torze przez całą niedzielę. Potwierdziły to z resztą jego pojedynki z Rosbergiem, w których Vettel nie tylko nie bronił wewnętrznej zakrętu, ale i rzucał bolidem widząc z boku Nico, jakby się go tam zupełnie nie spodziewał i nie czuł ile ma jeszcze miejsca na torze.
Tymczasem Raikko, który zawsze dobrze czuł się w Bahrajnie, nie zawiódł. Od początku jechał swoim równym, w dodatku bardzo dobrym tempem. Mało tego po pierwszym pitstopie udowodnił, że wszelkie wyliczenia i przypuszczenia odnośnie opon można włożyć między bajki. Kimi bowiem nie tylko nie tracił na twardszej mieszance opon, ale odrabiał straty do jadących na miękkich oponach konkurentów i to utrzymując tempo przez znaczący okres czasu.

Za dwoma walczącymi z przodu zespołami nie działo się wiele. Williams Bottasa spokojnie podążał zawieszony w przestrzeni, między Ferrari i Mercedesami, a resztą stawki, w której Massa mozolnie przebijał się do przodu. McLaren-Honda Alonso o dziwo wciąż jechał i trzymał się tuż za pierwszą dziesiątką. Dopiero końcówka wyścigu przyniosła nieco więcej emocji. Oto Kimi wciąż trzymający wyśmienite tempo zaczął nadrabiać czas nie tylko do Rosberga i Vettela, ale nawet do Hamiltona. Przy czym do Rosberga były to różnice dochodzące do nawet niemal dwóch sekund na okrążeniu. Wszystko to zakończyć się mogło dubletem Ferrari, gdyby nie postawa Vettela. Ten doganiany przez Rosberga po ostatnim pitstopie, jadąc niezbyt dobrym tempem, popełnił błąd, który zaowocował nie tylko stratą lokaty, ale i najprawdopodobniej uszkodzeniem przedniego skrzydła, co wymagało zjazdu i jego wymiany. Po wyjeździe na tor utknął na dobre za Bottasem, mimo świeższych opon założonych w czerwonym bolidzie. Valtteri został nawet poinformowany, że jadący tuż za tylnym skrzydłem Williamsa Niemiec, nie jest żadnym zagrożeniem.
Mclaren wykonał krok naprzód, nawet mimo awarii Buttona.
Z przodu za to naprawdę szalał Kimi, wciąż nadrabiający czas do obu Mercedesów, co zaowocowało dogonieniem Rosberga, zakończonym skutecznym wyprzedzaniem. Hamilton był niestety poza zasięgiem, choć jak się okazało, tylko szczęście uchroniło Mercedesa od porażki, gdyż w liderującym bolidzie na ostatnim okrążeniu popsuł się system break-by-wire. Z resztą nie tylko Mercedes "idealnie wyliczył" trwałość komponentów bolidu. Główne laury w tej dziedzinie należą się inżynierom Renault, których silnik w bolidzie Daniela Ricciardo zakończył swój żywot niemal idealnie na linii mety.

Na pustyni kolejne zwycięstwo zapisał na swoje konto Hamilton, który jak na razie niezagrożony kroczy po kolejny tytuł. Niezagrożony także przez swojego partnera zespołowego, który choć ma przebłyski, ma też słabsze chwile i w prostym rozrachunku średnia jego występów jest widocznie poniżej średniej występów Lewisa. Rosberg musi więc znaleźć w sobie siłę i umiejętności albo w trakcie tego sezonu stanie się już naprawdę tylko bladym cieniem skrytym gdzieś w oddali za Brytyjczykiem stojącym w świetle jupiterów. Cieszy natomiast dobra postawa Raikkonena i oby stał się wraz z Vettelem równorzędnym konkurentem dla Merców. Z kolei jazda Sebastiana była zaskakująca bo od początku weekendu nic nie zapowiadało słabszego występu w wyścigu, mało tego także podczas samej niedzielnej rywalizacji nikt nie zgłaszał problemów z jego bolidem. Pozostaje więc to zaliczyć po prostu jako słabszy dzień czterokrotnego mistrza świata.
Na kolejnym GP Ricciardo użyje już czwartego silnika.
Nie mogłem oczywiście nie wspomnieć na koniec o iskrach. Tych produkowanych przez narzucone specjalnie w tym celu, od początku sezonu 2015, elementy podwozia wykonane z tytanu. Szczerze przyznam, że może niewiele wyścigów z lat 90 pamiętam, ale takich ilości iskier tam nie było. Obecnie natomiast to min. na ich barkach spoczywać ma ratowanie widowiska.
Nie zrozumcie mnie źle. W sumie nie mam nic przeciwko gdyby nie ich przemysłowe ilości, nieco sztucznie wyglądające. Tylko że najpierw mieliśmy wymuszone DRSem manewry mijania, szumnie nazywane wyprzedzaniem. Teraz mamy sztucznie wymuszone iskry. W przyszłości mamy mieć sztucznie wymuszone, większe moce silników. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale całe to hasło "1000 koni" w wyniku umożliwienia przepływu większej ilości mieszanki przez silnik to... regres dla F1. Przez kilka lat tęgie głowy myślały jak tu wycisnąć jak największą moc przy ograniczonej ilości paliwa, a tu bam! Odkręcą kurek i cała zabawa okaże się niewiele warta. No i kto w ogóle wymyślił, że danie tym bolidom 300 koni więcej rozwiąże problem miernego widowiska i miernej rywalizacji? Niby dlaczego? Odpowiedź zostawię już wam samym bo ja żadnej logicznej nie znajduję.

Etykiety: , , , , , , , , , , , , ,

35 36 37 38