01 02 03 4 kółka i nie tylko: Po co komu WTCC? 04 05 15 16 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 31 32 33

Po co komu WTCC?

34
Czy seria zbyt nie odleciała?
Przyznam szczerze, że mam spory zgryz. Nie ukrywałem bowiem nigdy, że nie jestem wielkim fanem WTCC. To co się dzieje w tej serii, poziom organizacji, kierowców, kształt zasad nie odpowiada według mnie statusowi globalnej serii mistrzowskiej. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z niezaprzeczalnych zalet tej serii i tego, że być może, jest po prostu skierowana do innej grupy odbiorców emocji sportowych. Dziś spróbuję więc zrobić drobny rachunek swojego sumienia, ale także tego, czym stało się WTCC w ostatnich latach.

Zdaję sobie sprawę, że fani każdego ze sportów dzielą się także na mniejsze grupy, z których każda ma swoje upodobania. Wynikają one ze wszystkiego: wiedzy ogólnej, precyzyjnej o danej dziedzinie, oczekiwanej rozrywki, aż po styl życia. Dla mnie, jako fana wyścigów i motoryzacji, WTCC zawsze leżało na zupełnie przeciwnym biegunie, niż to czego oczekiwałem po sporcie motorowym. Ostatnimi czasy wydaje mi się jednak, że seria oddaliła się jeszcze bardziej od tego, czego się po niej spodziewałem. Stąd też motywacja do powstania tego tekstu. Co się takiego stało?

Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że po prostu ogólny poziom poleciał znacznie w dół. Choć wygląd walki w WTCC nigdy mi zbyt nie odpowiadał. Jazda strasznie kontaktowa, prowadząca wręcz do wypychania się, przy czym nie były to przypadki, gdyż zespoły sędziowskie najnormalniej w świecie na to pozwalały. Zawsze dostaję szewskiej pasji oglądając wyścigi, w których auta się pukają by specjalnie wypchnąć przeciwnika z toru. Szczytem mojej nerwicy są już przypadki, kiedy auta przednionapędowe (FWD w wyścigach! Parodia!) specjalnie pukały tylnonapędowe BMW, u których każde takie puknięcie oznaczało ogromną stratę, nieporównywalną do pseudo wyścigowych rywali z przednim napędem. Wiem, że to kontrowersyjne, ale wybaczcie - każdy z minimalną wiedzą w temacie wie, że pojazdy przednionapędowe mają się nijak do wyścigów, a tam gdzie startują wszystko jest obarczone takimi regulaminami by z pojazdami RWD miały szansę.
Ostatni wyścig na Hungaroringu.
Wyścigi od zawsze były i kojarzyły mi się z rywalizacją dżentelmenów. Podobnie z resztą było z innym sportem, który uprawiam i którym się interesuję, czyli tenisem. Do tego obrazu nijak ma się styl jazdy kierowców omawianej serii, brak szacunku dla rywala na torze, kontakt i wykorzystanie jego na swoją korzyść też jest rzeczą normalną, nieraz wręcz pożądaną. W tenisie też coś się zmienia. Panienki odstawione na kort w biżuterię i kolorowe fatałaszki jak na wybieg, faceci klnący na korcie i rzucający rakietami, drący się. Może to ja się starzeję, a może to cały świat zaczyna zmierzać w jakimś dziwnym, chyba złym, kierunku?
Podobnie poziom rywalizacji w WTCC nigdy nie przystawał mi do serii o statusie mistrzostw świata. Nie tylko rywalizacji z resztą, ale i samego poziomu rozgrywek, i organizacji. Słynne już są zdarzenia jak wyjazd Safety Cara pod nadjeżdżającą stawkę podczas wyścigu w 2009 roku, gdzie z resztą wyeliminowano lidera z wyścigu i winnych nie było. Nie powiem już o tym co działo się na torze w Marocco i jak zachowywała się tam obsługa toru.
Michelisz na Hungaroringu, czyli lokalny faworyt.
Seria za to jest niesamowicie przystępna. Tak ze względu na łatwość przyłączenia się nowych kierowców, jak i przystępne koszty. Jest to z pewnością najtańsza seria mistrzowska ze wszystkich organizowanych przez FIA, a jestem też pewien, że również plasująca się w dolnej połowie rankingu kosztów wszystkich większych serii rozgrywanych na naszym globie. Dzięki temu do rywalizacji bardzo łatwo dołączyć, a na starcie nigdy nie brakuje pojazdów, czy debiutantów. Co ciekawe ma to też swoje minusy. Przez niskie koszty każda fabryka wchodząca do rywalizacji ma ułatwione zadanie. Nietrudno bowiem wielkiej firmie wyłożyć dwukrotnie większą sumę, niż taką uważaną przez nich za małą i kompletnie zdominować rywalizację. Tak było choćby z Chevroletem, Seatem. Wcześniej podobnie z BMW. Choć to były czasy, kiedy w stawce znajdowało się kilka zespołów fabrycznych, więc i sama rywalizacja, właśnie, zdawała się być na wyższym poziomie. Dziś fabryki, szczególnie te bardziej renomowane, zdaje się, że nieco obraziły się na WTCC. Tak BMW, jak i Chevrolet stwierdziły, że zdobyły już wszystko co było do zdobycia, że nie ma po co dalej tu siedzieć. Seat powoli organizuje nowy model samochodu odpowiadającego specyfikacji WTCC, jednak o zespole fabrycznym nic nie słychać, a auto ma być nastawione na sprzedaż prywaciarzom. Obecnie w WTCC pojawiają się nowe fabryki upatrujące to jako tanie miejsce dla powrotu, czy wprowadzenia się do wyścigów i oczywiście promocji. Tak jest z Hondą, ciut inaczej jest z Ładą, która najnormalniej w świecie tu uczy się wyścigowego rzemiosła od podstaw - co widać.
Niektórzy kierowcy przebąkują już jednak o tym, że Honda zamierza poważniej zabrać się za wygrywanie wkładając niebotyczne sumy w prace nad samochodem, choćby w tunelu aerodynamicznym. Owszem w serii są tzw. kary wagowe mające wyrównać szanse wszystkich. Nie ma jednak co się oszukiwać, każda nowa konstrukcja w którą dodatkowo wkłada się pieniądze spokojnie ograniczenia tych kar swoimi osiągami przeskoczy. Historia to już nie raz potwierdziła.

Dlatego właśnie tak trudno mi się "żyje" z tą serią. W większości zaprzecza ona standardom rywalizacji wyścigowej jakie są przeze mnie znane i akceptowane, z drugiej strony jestem w pełni świadom, że taka seria jest potrzebna. Czyni ona sport motorowy, także tej najwyższej rangi, łatwiej dostępnym, dla wielu bardziej atrakcyjnym i emocjonującym, bliższym większej rzeszy osób.

Czy to wszystko jednak oznacza, że trzeba pozwalać by rywalizacja zmieniała się w okładanie przeciwnika razami, a poziom przeszkolenia obsługi zawodów dorównywał poziomowi wiedzy z tej dziedziny większości obserwatorów?

Etykiety: , , , , , , , , , , , , , ,

35 36 37 38